Reklama
  • Czwartek, 7 kwietnia 2016 (10:00)

    Włoska Górna Adyga. Życie na wysokim poziomie

Na pierwszy rzut oka – zwykłe zimowe wakacje. Nic bardziej mylnego! Odrobinę na południe od ośrodków w Stubaiu i Zillertalu i na północ od kurortów Cortina d’Ampezzo leży kraina, w której, owszem, bardzo dobrze jeździ się na nartach, ale... nie to jest tu najważniejsze. Przede wszystkim jada się tu i pija na bardzo wysokim poziomie. Dosłownie. Nie odpinając nart. Poznajcie Górną Adygę.

Reklama

Zamek Taufers doskonale nadaje się do tego, by straszyć

Zresztą zdarzało mu się. Roman Polański wykorzystał go w Nieustraszonych pogromcach wampirów jako majaczące w oddali zamczysko hrabiego Drakuli. No bo bryłę ma przerażającą.

Wyczuwa to miejscowy przewodnik i zanudza mnie pokazem improwizowanej izby tortur oraz mającymi wywoływać dreszcze naiwniutkimi opowieściami o grozie średniowiecznego wymiaru sprawiedliwości. Przewodnik jest, niestety, ignorantem, a wysłuchiwanie jego fantazji – najokrutniejszą torturą, jaką zamek Taufers ma dziś do zaoferowania.

Pierwotni właściciele dworu ryglującego wejście do dolin Tures i Aurina (Valle di Tures e Aurina), rodzina Tauferów, to żadni wielcy magnaci, raczej skromni lokalni baronowie. Ale od XI do XIII wieku udało im się dwór rozbudować w imponujący zamek, który w kolejnych stuleciach trafiał w ręce innych, zazwyczaj możniejszych od Tauferów właścicieli.

Byli wśród nich potężni swego czasu książęta biskupi Blixenowie, byli najmożniejsi w całym Tyrolu hrabiowie Fiegerowie. To oni nadali rodowej siedzibie Tauferów kształt wielkiego obronnego zamczyska i bogato, nawet bardzo bogato ozdobili.

No bo co w kaplicy alpejskiej twierdzy, rzuconej gdzieś na głęboką – co tu kryć – prowincję, robią freski Michaela Pachera, jednego z najważniejszych malarzy i rzeźbiarzy działających na północy w drugiej połowie XV w.?

Fakt, Michael był Tyrolczykiem, dodatkowo urodził się w nieodległym Brunico, ale był też artystą światowego formatu. Ten szczegół przewodnik – z pornograficzną szczegółowością skupiony na tematyce tortur – zgrabnie pomija.

Podobnie zresztą jak samą kaplicę, trzeba się domagać jej obejrzenia. Inaczej tylko dyby i dyby.

Góry sera

Poniżej zamku leży niewielkie, otoczone górami miasteczko Campo Tures. Schludny rynek, kościół, kilka podstawowych sklepów, hotele i pensjonaty. Niby sennie, a jednak góry otaczające miasteczko to, bagatela, trzytysięczniki. I jest ich osiemdziesiąt z okładem.

W samym Campo Tures prócz sklepów jest kilka świetnych kawiarni, a w bezpośrednim sąsiedztwie miasteczka znakomite restauracje.

Ale to nie wszystko – prawdziwa bomba w Campo wybucha w okolicy połowy marca (w tym roku 11–13.03).

Do niepozornej sali gminnej ściągają producenci serów z całych Włoch i części Europy. Miasteczko gości jeden z ważniejszych serowych festiwali na świecie. Ponad tysiąc (!) producentów zwozi tu sery krowie, owcze, kozie, mieszane, miękkie, twarde, podpuszczkowe, pleśniowe, długo dojrzewające, leżakujące na liściach, sezonowane w jaskiniach itd.

Prócz tego wędliny, dojrzewające szynki, miejscowy południowotyrolski speck, musztardy, chutneye, dodatki do serów, nalewki i destylaty. Wszystkiego można spróbować, wszystko można kupić, a nawet dostać próżniowe opakowanie zatrzymujące intensywne aromaty (w przeciwnym razie powrotna podróż do Polski może okazać się trudna).

Jeśli gdzieś materializuje się mityczna Kukania, kraina obfitości i przyjemności, dzieje się to właśnie w Górnej Adydze, czyli Południowym Tyrolu.

Pożytki z łysiny

Campo Tures ma jeszcze jeden istotny atut: jest doskonałym punktem wypadowym na Plan de Corones, czyli Kronplatz.

Górę, której całkowicie bezdrzewne stoki od dawna kusiły narciarzy, zmieniono w ogromny, nowoczesny i wyjątkowo „demokratyczny” ośrodek sportów zimowych. Pośród ponad stu kilometrów tras większość stanowią bowiem trasy łatwe, bardzo przystępne i bezpieczne (brak drzew naprawdę pomaga), otwarte na rodziny z dziećmi, początkujących i eksperymentatorów.

Z kolei bardziej zaawansowani wyjeżdżą się na trasach średnich i trudnych. Niektóre są bardzo strome, inne mają homologację Międzynarodowej Federacji Narciarskiej FIS, co oznacza, że można na nich odbywać zawody. Całości dopełniają dwa snowparki – znów: jeden przeznaczony dla początkujących, drugi dla zaawansowanych – i trasy biegowe u podnóża góry.

Nawet bez tego Kronplatz i tak byłby alpejskim fenomenem – to góra, na której można ciekawie spędzić dzień, nie jeżdżąc na nartach czy desce.

Dlaczego? Po pierwsze, poziom tutejszych restauracji znacznie odbiega od znanego ze stoków Austrii czy Francji „górskiego standardu” i zachwyca wyrafinowaniem. Podobnie – na pierwszy rzut oka – zupełnie niepozorne bary w drewnianych górskich szałasach zaskakują zupełnie niebarowymi daniami.

Restauracje położone są przy wyciągach, ale także na samym szczycie, na który jeżdżących i niejeżdżących dowożą kolejki. Można tu spróbować twórczych wariacji na temat kuchni regionalnej (od najprostszej, chłopskiej, po nieco bardziej wyrafinowaną), umiejętnie połączonych z ogromnym wyborem miejscowych win.

Tak więc aperitif plus, powiedzmy, suchy, kminkowy chleb i speck na przekąskę, knedle ze szpinakiem w sosie z gorgonzoli na pierwsze, wolno pieczone kotleciki jagnięce z polentą z truflami na drugie i piniowy kołacz na deser.

Na koniec niewielki sznaps z alpejskich ziół. – Dbamy o to, by podstawowe produkty były stąd – chwali się Sabine, właścicielka jednej ze stojących przy trasach „stube”, czyli połączenia schroniska i restauracji. Stube, którą Sabine prowadzi razem z mężem, wzniesiono w XVII wieku. Bez wielkich przebudów działa do dziś. Kuchnia to jedno z największych zaskoczeń Kronplatzu, ale niejedyne.

Kolejne to trwające w ciągu dnia koncerty plenerowe, które w sezonie zdarzają się tu bardzo często. Grają różni: od półamatorskich młodych rockowych kapel po gwiazdy w rodzaju Zucchero. Ciąg niespodzianek kończy się na szczycie, w budynku zaprojektowanym przez... Zahę Hadid.

Jedna z pierwszej piątki światowych architektów w zeszłym roku postawiła tu siedzibę kolejnego z „trzech M”, czyli Messner Mountain Museum, górskiego muzeum Messnera.

Reinhold Messner, człowiek, który jako pierwszy zdobył Koronę Himalajów, od lat w rodzinnym Południowym Tyrolu stawia muzea pokazujące góry, ale także historię egzotycznych kultur. Otwarte latem zeszłego roku muzeum na szczycie Kronplatzu poświęcono... górskim widokom.

Messner zapewnia wprawdzie, że jego tematem jest „skała i historia jej zdobywania”, ale projekt Zahy Hadid nieco inaczej rozkłada akcenty. Ukryty w wierzchołku góry podziemny budynek pozostaje właściwie niewidoczny.

Jego obecność zdradzają ogromne okna otwierające się na strome ściany Dolomitów. To górskie otoczenie jest głównym bohaterem nowego muzeum.

Budowla pozwala przyjrzeć mu się z perspektywy innej niż ta, do której jesteśmy przyzwyczajeni – nasz punkt widzenia mieści się gdzieś w połowie skalnej ściany, ani na górze, ani na dole.

Wino i gwiazdki

Południowy Tyrol to jednak więcej niż odkrycia na Kronplatzu. No bo i region niemały. Jednak gdziekolwiek pojechać, czeka nas zaskoczenie. Najczęściej dlatego, że nic tu nie jest takie, jak zwykle bywa podczas zimowych górskich wyjazdów. Godzinkę jazdy samochodem od Kronplatzu leży Alta Badia, region w obrębie regionu. Dziesięć wiosek rzuconych w Dolomity.

Tak, warunki narciarskie świetne (rozgrywa się tu zawody pucharu świata), ale znacznie ciekawsze jest to wszystko, co nartom towarzyszy. W grudniu Gourmet Skisafari: szefowie kuchni ośmiu schronisk przygotowują specjalne, bardzo wyszukane, staranne menu. Można jeździć i smakować.

W lutym i marcu sommelier na trasie: narciarzom towarzyszy przewodnik i sommelier, wspólnie odwiedzają schroniska, gdzie trwają całodzienne degustacje miejscowych win. W marcu Roda dles Saus: narciarze przez tydzień poznają najbardziej tradycyjne specjały miejscowej, ladyńskiej kuchni.

I wreszcie – 20 marca – Dzień Wina: w czterech schroniskach leżących na trasach trwają degustacje najlepszych win regionu. To także tutaj, w San Cassiano, leży jedna z najsłynniejszych i najbardziej utytułowanych restauracji regionu, a może i Włoch w ogóle. – Tylko miejscowy produkt, wystarczy wyjrzeć za okno – śmieje się Norbert Niederkofler, wskazując (tymczasowo pokryte śniegiem) łąki i pastwiska. Jego St. Hubertus ma wszelkie pozory „domowej” górskiej restauracji.

Drewniane ściany, rustykalne stoły, wełniane obrusy i... dwie gwiazdki w przewodniku Michelin, cztery czapki w Gault&Millau oraz sława wykraczająca poza Dolomity, która uczyniła z restauracji miejsce pielgrzymek smakoszy ze świata.

Ciału cześć!

Trudno w jakichkolwiek górach znaleźć miejsce, gdzie bardziej się sobie dogadza: legendarne górskie restauracje w Alpe di Siusi, słynne śniadania o świcie w restauracji Jora na górze w Alta Pusteria, gwiazdkowe gotowanie w dolinie Valle Isarco.

W każdym miejscu jest trochę inaczej, jednak dwie rzeczy są w tym regionie stałe, niezmienne i powszechne: spa i aperitif. Zabiegi balneologiczne na bardzo wysokim poziomie są dostępne w niemal każdym pensjonacie. Światowy punkt odniesienia w tej kategorii to legendarne termy w Merano, u wrót Południowego Tyrolu.

Po górskich przygodach dobrze się tu wypoczywa – klimat w mieście jest już wyczuwalnie śródziemnomorski, widoki na winnice. W ciepłej wodzie klasyczny aperol spritz (prosecco, aperol, woda, lód) czy bardziej lokalny hugo (prosecco, syrop z czarnego bzu, woda, lód) smakują jeszcze lepiej niż na stoku.

Łukasz Modelski

Więcej na temat:Adyga | Górna | Nie | Życie | Życie | Tyrol

Zobacz również

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.